Translate

2016/06/19


Witajcie,

Znów dawno mnie tu nie było:(
Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu, w domu remont, który ciagnie się od kilku miesięcy a dodatkowo własnie pakuję sie na wyjazd do Polski, gdzie zostanę przez wiele tygodni, ponieważ będe wstawiała implanty!

A dzisiaj kilka słów na temat kosmetyków, kóre ostatnio kupiłam:

Nars- Light Reflecting Setting Powder

Ten puder miał być ósmym cudem świata, a tymczasem w ogóle nie jestem z niego zadowolona (jak zauważyliście nawet nie oderwałam całkiem folii przykrywajacej sitko, ponieważ możliwe, że pójdzie na ebay). Miałam na niego chrapkę po filmikach Samanthy Schuerman, która twierdzi, że wygładza on linie mimiczne, gdy tymczasem u mnie raczej je ugruntowuje. Ten puder ma naprawdę świetne recenzje, jednak na mojej twarzy powoduje efekt płaskiego matu i ciastka. Próbuję na wszystkie sposoby i jestem na nie. Mac Mineralize Skinfinish Natural jest o niebo lepszy.



Ziaja- Jaśmin w esencji przeciw zmarszczkom

Bardzo przyjemny krem o miłej konsystencji i zapachu, dający wyczuwalne nawilżenie. Dobry kosmetyk za niewielkie pieniadze, na pewno kupię go ponownie.


Tołpa Green- Modelowanie 60+

Nie jest to produkt przeznaczony dla mojej grupy wiekowej jednak w ogóle mi to nie przeszkadza- raz na jakis czas cos mocniejszego nie zaszkodzi (o ile zresztą te grupy wiekowe to nie jest tylko pic na wodę). To mój pierwszy produkt Tołpy i na pewno będąc w Polsce zrobię zapasy z kosmetyków tej marki (kupiłam też z tej serii łagodny płyn micelarny tonik 2 w 1 i również jest super). Krem znajduje sie w ładnie zaprojektowanym malutkim pojemniczku i przede wszystkim pachnie zniewalająco. Konsystencja równiez jest bardzo przyjemna a co do działania- stosuje go tylko na noc, dobrze nawilża i długo pachnie, modelowania nie zauważyłam:)



Lancome Visionnaire Nuit

Uh, straszny bubel! Kupiłam go ze zniżką 20% ale i tak kosztował prawie 50 funtów, to chyba najdroższy mój krem jak do tej pory szczerze mówiąc:) Okropne rozczarowanie. Przede wszystkim krem nie ma żadnego pozytywnego działania na moja skórę, w przeciwieństwie do np innego kremu z Lancome, który kocham, o którym zaraz opowiem. Ma paskudna kleistą żelową konsystencję, okropny zapach, a poza tym jakkolwiek bym go nie nałozyła, za każdym razem czuję go potem w ustach, i jest to bardzo nieprzyjemny chemiczny smak. Zdecydowanie nie polecam.


Lancome Hydra Zen Nuit

Ten krem z Lancome natomiast to mój Holy Grail wśród kremów. Uwielbiam go za wszystko, za zapach, konsystencję, jak wyczuwalnie pracuje po nałożeniu na twarzy i za to, że moja twarz na drugi dzień wygląda świeżej i zdrowiej. Co w nim zauważyłam ciekawego, to fakt, że podczas usuwania go wodą na drugi dzień rano jest dalej wyczuwalny na twarzy. To nie jest tak, że sie nie wchłonął, tylko jakby pozostawia delikatna otoczkę (wspominałam juz o nim tutaj). 



Pasta do zębów bez fluoru Sarakan

Najlepsza pasta bez fluoru, jaką dotąd znalazłam. Ma dobry skład ale przede wszystkim jest przyjemna w smaku i pozostawia uczucie świeżości i porządnie umytych zębów.


La Roche Posay Redermik R

Dość popularny krem z zawartością 0,3% retinolu. Stosuję go co kilka dni na noc i jestem dość zadowolona, jesli chodzi o przyjemnośc używania, czyli zapach i konsystencję. Natomiast co do rezultatów to nie jest to ten retinol, po którym złuszcza sie skóra, a po prostu zwykły lekki i przyjemny kremik, dośc drogi i nie jestem pewna, czy warty swojej ceny. 


Freeze 24/7 Icecrystals Anti- Ageing Prep and Polish

Jest to po prostu bardzo mocny peeling. Posiada konsystencję kremu z dużą ilościa malutkich mocno trących drobinek, przypominających mi korund-mikrodermabrazje ze Zrób Sobie Krem. Po zastosowaniu przez kilka minut na twarzy utrzymuje sie uczucie chłodzenia. Poza tym nie widze w jego działaniu niczego, czego nie robiłyby inne peelingi, tymczasem kosztuje 35 funtów i na pewno nie jest wart tej ceny (kupiłam go na promocji w TK Maxx).


I to by było wszystko na dzisiaj, pozdrawiam i do usłyszenia!

2016/05/17


Musze się przyznać, że od jakiegoś czasu, słusznie lub niesłusznie, ale odchodzę raczej od suplementów diety na rzecz produktów zaliczanych do superfoods. Był czas, gdy połykałam codziennie sporo witamin i minerałów w tabletkach i wierzyłam, że są mi one wszystkie potrzebne ale ostatnio odstawiłam większość z nich (zostawiłam wit D, K-2 i kwas askorbinowy) a zamiast nich stawiam na zdrowe odżywianie plus superfoods.

2016/04/22


Pierwszym moim cieniem z Mac był Satin Taupe. Wydaje mi się, że kupiłam go po raz pierwszy jakieś pięć lat temu i od tamtej pory, gdy tylko się kończy, kupuję następny. Właściwie to nie wyobrażam sobie makijażu bez tego cienia, i jakichkolwiek innych cieni używam, to zawsze gdzieś choć odrobinkę muszę go dodać. Satin Taupe to przepiekny brąz, mający w sobie refleksy szarości i fioletu. Nigdy nie słyszałam, żeby komuś nie pasował ten odcień. Jest tak piękny i uniwersalny, że chyba pasuje do każdego koloru tęczówki, cery i włosów. Następnym cieniem z Mac, jaki zakupiłam i również się zakochałam, był Naked Lunch. Ten kolor przez lata nakładałam na całą powiekę. Ma kolor szampański, czyli jasno beżowy wpadający delikatnie w brzoskwinię i róż. Jest piekny ,ale dziś, gdy posiadam całą paletkę cieni z Mac, znalazlam jego lepsza wersję! Ale o tym potem. Trzecim moim absolutnym odkryciem z Mac był cień Sable. Również zużyłam go juz wiele opakowań i jest to cień, bez którego nie wyobrażam sobie życia! Uwielbiam go nakładać ponad załamanie powieki, zwłaszcza od strony wewnętrznych kącików, dość wysoko, aż prawie pod same brwi. Sable ma ciepły brązowy kolor wpadający w różowo- miedziane tony. Nigdy bym nie przypuszczała, że jest to odcień dla mnie, dopóki go nie wyróbowałam. Naprawdę polecam, bo to cień genialny i niezastąpiony.


I przez lata pozostawałam tylko przy tej trójce z Mac, w międzyczasie zakupiłam jeszcze cienie Phloof i Club, ale były dla mnie nieodpowiednie. Cień Club jest również popularny i często polecany, jednak jego turkusowy odcień kompletnie mi nie pasował, a Phloof o ile pamiętam byl niewidoczny na mojej skórze.

Oprócz wspomnianych trzech cieni z Mac, odkąd pamiętam do makijażu oczu używałam przede wszystkim paletek, np. Urban Decay. I w sumie byłam zadowolona, zwłaszcza lubiłam paletkę Naked, tylko że paletki mają to do siebie, że używamy połowy cieni a reszta leży bezużyteczna. Dlatego w końcu postanowiłam, że skompletuję sobie własną paletkę tak, aby wszystkie cienie mi sie podobały. I tak rozpoczęło się kompletowanie mojej paletki cieni Mac. Niestety muszę Was ostrzec, że jest to czynność uzależniająca:) To jest tak, że gdy poszukując idealnych kolorów ogladamy je czy to w internecie czy w realu, czytamy opinie, porównujemy, to podoba nam sie większość z nich i chcemy je wszystkie. Ja postanowiłam, że na pietnastu cieniach poprzestane, bo inaczej musialabym kupic nastepna paletke, a trzydziesci cieni, gdy nie jestem wizażystką, to juz chyba przesada. Niestety ostatnio wpadłam na pomysł, ze usunę wkład i wtedy do mojej paletki zmieści sie jeszcze kilka cieni :). Opowiem Wam później, które cienie jeszcze mnie kuszą, a teraz parę słów o poszczególnych kolorach w mojej paletce (kolumnami od lewej do prawej):


Vanilla - chciałam jeden jasny cień bazowy, zastanawiałam się pomiędzy Vanilla, Brule i Orb, postawiłam na Vanille i jestem bardzo zadowolona. Cień jest matowy, w sklepie w sztucznym świetle połyskiwał przepieknymi drobinkami, ale wydaje mi sie, że na oku one gdzieś znikają. Kolor tego cienia jest mleczno-biały czyli nie jest to typowa biel, tylko z delikatna domieszką ciepłego beżu. Jest piękny, zresztą kultowy, i wiem już dlaczego.

Shroom - poszukiwania cienia do rozświetlania wewnetrznego kącika odbywały się głównie pomiędzy Shroom a Nylon. Wybrałam Shroom, kolor tego cienia określiłabym jako jaśniutki beż z domieszką szarości. Na oku ta szarość przechodzi w srebrzystość, cień pieknie rozświetla i jestem z niego bardzo zadowolona.

All that glitters - nad tym cieniem zastanawiałam się baaardzo długo. Nienawidzę złotych cieni, w stylu np Half baked z Urban Decay, a All that glitters wydawał mi się właśnie podobny do Half baked. Podchodziłam do niego wielokrotnie w sklepie testując go na dłoni i za każdym razem wydawał mi się złoty i absolutnie go nie chciałam. Tylko że jest to jeden z najbardzej popularnych cieni Mac, więc zastanawiałm się czy takie ilosci fanek moga się mylić. Pewnego dnia zaryzykowałam, i cóż- zakochałam się. To własnie All that glitters zastapił mój ulubiony Naked lunch. Ten cień jest po prostu poezją! Kremowy jak masełko, wspaniale napigmentowany, o odcieniu beżowo- brzoskwiniowym- cudowny.

Era - przepiękny cień w kolorze beżowym, delikatnie połyskujący. Nakładam go na cała powieke, zamiennie z All that glitters, tylko że wtedy dodaję jeszcze na sam środek powieki coś bardziej jasnego i połyskującego, np pigment Naked z Mac.

Omega - zdecydowanie najsłabszy odcień z całej paletki, cień w kolorze brązowo-szarym, zupelnie niewidoczny na mojej skórze (czyżby była szara?). Czytałam opinie, że świetnie sprawdza sie do podkreślania brwi, jednak zupełnie nie wiem, jak to jest możliwe, bo jest zbyt jasny nawet na moich, wcale nie ciemnych, brwiach.

Sable -o tym cieniu pisałam już powyżej, absolutny must have.

Patina - kolejny słynny cien z Mac, i nie bez powodu. Wahałam sie z jego zakupem, ponieważ nie lubię zielonych odcieni na moich oczach, jednak ten cień okazal sie przepiekny, a jego kolor jest właściwie trudny do określenia- satynowy brąz o odcieniach złota, zieleni, szarości, a nawet różu- cudo.

Wedge - potrzebowałam matowego cienia do załamania powieki i ten cień jest ok ale szału nie ma, posiada trochę zbyt dużo czerwonych tonów jak dla mnie.

Soba - co do tego cienia ciagle jeszcze nie jestem pewna czy go lubie czy nie. Kolor Soby jest przepiekny (cudowny karmel), tylko jakoś mało widoczny na moich oczach, wole bardziej wyraziste odcienie. Ale bede jeszcze nad nim pracowac, bo sam w sobie jest wyjatkowy.

Mulch - mój najnowszy nabytek, potrzebowalam ciemniejszego cienia wśród prawie samych jasnych w mojej paletce i ten wybór okazał się bardzo trafiony. W pojemniczku wydaje sie on bardzo cieply, wręcz miedziany (nie znoszę miedzianych cieni na moich oczach), jednak na skórze przybiera piekny odcień. Nie jest bardzo ciemny, jego natężenie jest podobne do Satin Taupe, świetnie sprawdza się do smoky eyes.

Cork - ciemniejsza i trochę cieplejsza wersja Wedge, ja z reguly zaczynam od Wedge a potem pogłębiam kolor przy pomocy Cork, jednak nie polecam Wam zakupu obu cieni, jeden w zupełności wystarczy (wybrałabym Cork).

Haux- kolejne moje odkrycie z Mac, matowy cień brązowo-fioletowy, fantastyczny do podkreślenia załamania powieki. Jeżeli lubicie fiolety na oczach, bedziecie zadowolone, ja go kocham.

Satellite dreams - bardzo chciałam posiadac jakiś typowy fiolet w mojej kolekcji. Jest ich troche wśród cieni Mac, zastanawiałam sie głównie nad Cranberry i Star violet, jednak swatche na dloni tych cieni mnie nie przekonaly i wybrałam Satellite dreams. Jestem zadowolona z tego wyboru, cień na skorze nie jest mocnym fioletem, raczej wygląda jak kolor taupe, dość słabo napigmentowany i trzeba sie troche napracować, żeby w ogóle było go widac. Uważam to akurat za jego zalete, ponieważ dzięki temu jest subtelny i elegancki.








Jak widzicie, dwa miejsca pozostały puste, są to miejsca przeznaczone na Naked lunch i Satin taupe, które w tej chwili posiadam w osobnych pojemniczkach.

Podsumowując, za najlepsze cienie z mojej paletki uważam: All that glitters, Sable, Satin taupe, Haux i Patine, a najgorsze sa moim zdaniem Omega i Wedge. Jak może zauważyliscie, nie posiadam żadnego ciemnego brazowego matu, prawdopodobnie w przyszłości zakupię Espresso lub Brun. Rowniez myśle, ze skuszę sie kiedyś na Cranberry oraz Starviolet (pomimo że nie przekonaly mnie swatche na dłoni, ale tak bylo też w przypadku All that glitters), i jeszcze jednym cieniem, ktory bardzo mi sie podoba, jest pomarańczowy Amber Light.

Mam nadzieję, że moja recenzja przyda Wam się przy wyborze cieni z Mac, a jeżeli pominełam jakiś Waszym zdaniem szałowy cien, dajcie koniecznie znać:)





2016/03/26


Jest jeden blender, o którym marzę. To oczywiście Vitamix! (czy ktoś z Was go posiada i może potwierdzić, że jest naprawde taki dobry?). Co prawda trochę się wystraszyłam co do niego po aferze z czarnymi kawałkami teflonu, które pływaja w dzbanie w niektórych modelach- słyszeliście o tym? (mozna o tym poczytać w necie wpisując Vitamix black specks albo zobaczyć na filmikach, np tu: https://www.youtube.com/watch?v=WLGwNJtuRS4). Ale tak czy inaczej jestem nastawiona na zakup. W międzyczasie jednak, ponieważ mój stary blender Kenwood SB054 Smoothie to Go zaczał odmawiać posłuszeństwa, musiałam coś na szybko kupić. Wybór padł na Ninję BL457, który akurat był w promocji, i kosztował pół ceny czyli 50f. Zastanawiałam się czy nie lepiej dopłacić i kupić model z silnikiem 1300W ale ostatecznie zostałam przy modelu z silnikiem 700W, ponieważ i tak chcę wkrótce Vitamix.


Pierwsze moje wrażenie po rozpakowaniu: strasznie małe kubeczki. W moim poprzednim blenderze pojemnik był mały, ale tu sa jeszcze mniejsze: 500ml i 300ml. Sam blender bardzo ciężki i masywny. Ale to są sprawy drugorzędne, najważniejsze jak blenduje.

Marzę o Vitamixie równiez z tego powodu, aby móc blendowac mrożone owoce bez dodatku płynów i robić lody owocowe. W przypadku Ninjy wiedzialam, że będe musiała dolewać płynów ale byłam ciekawa czy może wystarczy niewielka ilość. Ważne też było dla mnie, aby uzyskać gładką konstencję, np w przypadku owoców typu porzeczki, aby nie było wyczuwalnych pestek.


Pierwszy koktajl, jaki zdecydowałam się przygotować, to mrożone banany, truskawki, sałata, jarmuż i woda kokosowa. Przy okazji zwróćcie uwagę, jak wyglądają banany z gotowej mieszanki z Tesco (na dole po prawej), a jak moje własne organiczne mrożone (po lewej). Wkładaja do tych mieszanek jak widac najgorsze odpady, kupiłam to po raz pierwszy i ostatni!



Przystąpiłam więc do pierwszego testu. Akurat spał mój mąż. Piewrsze nacisnięcie pojemnika (blender uruchamiamy poprzez naciśnięcie i przytrzymanie pojemnika) spodowało taki huk, że od razu się obudził. Myślę, że u sąsiadów było równie dobrze słychać. Blender jest głośny jak wiertarka udarowa. Do tego przytrzymywanie nacisnietego poejmnika, który tarabani jak młot pneumatyczny, nie było dla mnie przyjemnym uczuciem.


Roczarowana hałasem, miałam nadzieję, że może chociaż będzie blendował przy małej ilości płynów? Nic z tego, musiałam dolac wody do połowy wysokości pojemnika, aby chciał zaskoczyć. Więc może chociaż koktajle będą super gładkie bez wyczuwalnych cząstek? Aby to sprawdzić przygotowałam kolejny koktajl, z mieszanki mrożonych owoców typu: maliny, jeżyny, jagody i porzeczki (tego już nie fotografowałam, bo straciłam humor). Nałożyłam identyczna ilość produktów do starego i nowego blendera, zrobiłam dwa koktajle i okazało się, że mój stary rozdrabnia  lepiej. Ninja nie poradził sobie w ogóle z pestkami z porzeczek.


Blender umyłam, spakowałam i powędrowal z powrotem do sklepu. Jego regularna cena to 95f, moim zdaniem nie jest warty 20f. Poprosiłam męża, aby naprawił mój stary i póki co będe go używać, dopóki nie kupię Vitamix.
Mój stary blender Kenwood SB054

Na koniec chciałam przeprosić, że nie ma mnie tu ostatnio zbyt wiele i niestety znów zapowiadam przerwę, bo wybieram sie własnie na dwa tygodnie do Polski,  więc do usłyszenia za jakiś czas:)


2016/02/12


To, że płatki owsiane sa zdrowe, wiedzą wszyscy, ale jak je jeść, aby naprawdę nam służyły, to zupełnie inna sprawa. Najbardziej popularny sposób ich przygotowywania, czyli z mlekiem krowim (uwielbiam!) według diety Diamondów ze względu na połączenie węglowodanów z białkiem jest niekorzystny dla naszego układu trawiennego. O wiele lepiej byłoby połączyć płatki owsiane z mlekiem roślinnym, gdyby nie fakt, że większość z nich jest naszpikowana chemią (jeszcze niedawno byłam fanką mlek Alrpo, zwłaszcza sojowego o smaku waniliowym czy kokosowego, jednak człowiek uczy sie całe życie i dziś ich składy mnie odrzucają). Moim ulubionym mlekiem roślinnym na dzień dzisiejszy jest Dream Rice Organic, czarna kawa z ekspresu z tym mlekiem jest naprawde świetna! Ostatnio odkryłam z tej firmy również mleko waniliowe i również jest super (informacje na temat tego mleka w Polsce możecie znaleźć tutaj).


Dzisiejszy przepis będzie jednak zupełnie inny. Podobnie jak poprzedni (na makaron z boczkiem i serem) pochodzi z książki Anny Ciesielskiej i wiem, że dużo z Was świetnie go zna, bo jest to słynna zupa śniadaniowa według pięciu przemian. Ta owsianka jest inna niż wszystkie owsianki, jakie jadłam dotąd, przygotowana z dodatkiem kurkumy i imbiru (dwóch wspaniałych superfoods), zgodna z dietą Diamondów (prawidłowe połączenie: płatki owsiane + woda), lekkostrawna i odchudzajaca. Przygotowanie jej według pięciu przemian sprawia, że utrzymana jest równowaga pomiędzy wszystkimi pięcioma smakami (kwaśny-gorzki- słodki-ostry-słony) oraz energią jin i jang, dzięki czemu zupa jest energetyczna, pożywna i zdrowotna. A oto, jak ja przygotować:


Składniki:
2 łyżki kaszy jaglanej
3 łyżki płatków owsianych
pół lyżeczki masła
kilka orzechów włoskich, brazylijskich
kilka rodzynek (opcjonalnie)
sok z cytryny lub starte jabłko
miód do smaku
sól, imbir, kurkuma

Sposób przygotowania:
1. Do około 1,5 litra wrzącej wody (g), dodajemy: pół łyżeczki kurkumy (g), 2 łyżki kaszy jaglanej (sł), pół łyżeczki masła (sł), 3 łyżki płatków owsianych (o), pół łyżeczki imbiru (o), sól do smaku (sn).
2. Gotujemy ok 15 minut (mieszając od czasu do czasu). a następnie dodajemy: łyżeczkę soku z cytryny (k) lub starte jabłko (k), wrzącą wodę do uzupełnienia ilości zupy (g), kilka rozdrobnionych orzechów włoskich (g) lub brazylijskich (sł), i garść rodzynek, jesli lubimy (sł).
3. Na talerzu dodajemy miód do smaku.


Spróbujcie, bo owsianka jest pyszna! Smacznego!




2016/02/06


Dziś kolejne wyjątkowe danie autorstwa Anny Ciesielskiej. Przepis pochodzi z książki "Filozofia życia", jednej z moich najważniejszych podręczników zdrowego odżywiania. O kuchni według pięciu przemian wspominałam Wam juz niejednokrotnie (np tutaj). Zasady tej kuchni poznałam wlaśnie głównie z książek Anny Ciesielskiej "Filozofia Zdrowia" i "Filozofia życia", które Wam bardzo polecam, ponieważ jest tam mnóstwo "magicznych" przepisów:) Mówiąc magiczne mam na myśli to, że do ich przygotowania używamy tych samych skladnikow, co zazwyczaj, jednak stosując je w odpowiedniej kolejności (kwasny-gorzki-słodki-ostry-słony) otrzymujemy zupełnie nowe, zachwycające smaki. Oczywiście nie bez znaczenia są tu również ogromne ilości ziół i przypraw!

Na przykład makaron z serem. Najprostsza potrawa na świecie, a jednak przyrządzona w odpowieni sposób i otrzymujemy wykwintne i niewiarygodnie pyszne danie. Spróbujcie!

Składniki:
3 cebule
30-40 dag surowego boczku (u mnie: belly pork, nie jest to dokładnie to samo, co surowy boczek w Polsce, ale nic innego nie znalazłam)
makaron
twaróg (ok. 200gr) 
przyprawy: bazylia, tymianek, kurkuma, kminek mielony, imbir, pieprz, sól, vegeta



Sposób przygotowania:
1. Boczek kroimy drobno i podsmażamy na patelni, aż wytopi sie tłuszczyk (lub aż mięso zmięknie, jak w moim przypadku). Przekładamy wraz z tłuszczem do miseczki.
2. Cebulę kroimy drobno i podmsażamy na kilku łyżkach oleju (sł) a nastepnie dodajemy do niej: 1 łyżeczkę kminku mielonego (sł), 1 łyżeczkę imbiru (o). podmsażony boczek (sn), 1/2 łyżeczki vegety i szczypte soli do smaku (sn), 1 łyżeczkę bazylii (k), 1 łyżeczkę tymianku (g), 1/2 łyżeczki kurkumy (g). W razie potrzeby dodajemy trochę oleju (sł)- duszenina ma być plynna, oraz dosmakowujemy wszystkimi smakami.
3. Na talerzach wykładamy ugotowany makaron, nakładamy na niego smażeninę oraz posypujemy rozkruszonym twarogiem w dowolnej ilości. Możemy delikatnie posolić.







Danie jest pyszne! Smacznego i do usłyszenia:)


2016/01/16


Witajcie kochani,
Dzisiaj przychodzę do Was z krótkim podsumowaniem moich zakupów kosmetycznych z ostatnich tygodni. Będzie to sama pielęgnacja, bo właśnie sobie zdałam sprawę, że ostatnio nie kupiłam nic z kolorówki! To naprawdę duży sukces dla mnie, bo staram się walczyć z nadmiernym konsumpcjonizmem:)

Lierac Hydro-chromo

Bardzo lubię kremy z Lierac i ten nie jest wyjątkiem. Produkt ma postać różowego żelu-kremu o delikatnym przepieknym zapachu. Przeznaczony jest dla cery przesuszonej czyli świetnie nadaję się na okres zimowy. Używam go tylko na noc, wydaje mi się, że jego formuła jest zbyt lepka do zastosowania pod makijaż ale może wystarczy zmniejszyć ilość. Po zastosowaniu daje uczucie wspaniałego nawilżenia i ukojenia.

Lierac Mask

Maska oczyszczająca w kolorze zielonym, z glinka zieloną oraz ekstraktem z limonki. Posiada postać delikatnego kremu- pianki, który zastyga wkrótce po nałożeniu. Twarz po użyciu tej maseczki jest bardzo przyjemnie odświeżona i wygładzona (jak widać na zdjęciu zapłaciłam za nią 4f w Tk Maxx, więc nie mogam nie wziąć!).

Krem z wit C Ziaja

Gdybym kiedyś zrobiła post pod tytułem "tanie i dobre", ten krem byłby w nim na pierwszym miejscu. Mój ulubiony krem z Ziaji, którego zakupiłam już trzecie lub czwarte opakowanie. Przepieknie pachnie, ma cudowną aksamitna teksturę, rozjaśnia delikatnie trwarz, nadaje skórze blasku a przede wszystkim sprawdza się świetnie pod makijażem. Polecam.

Złoto i srebro nanokolidalne

Na temat tych produktów powinnam chyba napisać osobny post, ponieważ sa to bardzo ciekawe wynalazki :) Są one używane jako naturalne leki a ich zastosowanie jest wszechstronne. Można nimi przemywać czy spryskiwać skórę, wówczas uruchamiaja one tworzenie młodych komórek i wzrost kolagenu, odmładzają i rozświetlają cerę. Można zakrapiać oczy, uszy czy nos, gdyż likwiduja one stany zapalne. Można również przyjmowac je doustnie lub stosować do irygacji, poneważ posiadają właściwości antybakteryjne, przeciwzapalne oraz leczą choroby wywołane gronkowcem złocistym. Ja uzywam ich od kilku tygodni wyłącznie do przemywania twarzy (wcześniej piłam przez tydzień po 1 łyżeczce dziennie ale zaczął mnie boleć brzuch, nie wiem czy od tego, i stchórzyłam). W każdym razie jako toniki do twarzy sprawdzają się bardzo dobrze i na pewno nie poprzestanę na tych dwóch butelkach. Zastosowałam je równiez do przemywania ranki, która nie chciała mi się zagoić od wielu tygodni, i po dwukrotnym przemyciu jej srebrem nanokoloidalnym, zaczęła wreszcie znikać.

Lush Oatifix Mask

Z Lusha miałam juz kilka maseczek (nie da się koło tego sklepu przejść obojętnie), ale nigdy nie miałam Oatifix Mask i niestety jestem tylko w połowie zadowolona. Pod względem zapachu bije ona na głowę wszystkie inne, które miałam do tej pory, jest tak cudownie smakowity:) Niestety minusem tej maseczki jest to, że ciężko ja przykleić do twarzy, podobnie jak maseczki z płatków owsianych które same przygotowujemy w domu, maseczka bardzo się osypuje i jest przez to niewygodna w aplikacji. Musiałam ja nakładać nad wanną, znalazłam więc dla niej inne zastosowanie - po prostu myję nia twarz na zasadzie delikatnego peelingu. W tej roli sprawdza się świetnie, pozostawia twarz wygładzoną, delikatnie nawilżoną i pachnącą owsianką.

Bioderma Micellar Water, Ziaja Sopot-Spa Płyn Micelarny

Dwa płyny micelarne, które przetestowałam w ostatnich tygodniach (wczesniej najczęściej używałam Garnier Micellar Water). Z Biodermy jestem bardzo zadowolona, zmywa makijaż błyskawicznie, gdy tymczasem płyn Ziaji jest słaby i aby zmyć makijaż przy jego pomocy muszę zużyć kilka razy więcej wacików niż Biodermą. Jeżeli chodzi o wysuszanie twarzy, o którym wiele dziewczyn wspomina, to dla mnie wszystkie te płyny, łącznie z Garnier, wydaja się bardzo podobne.

Freeze 24-7 Retexturizing Glycolic Pads 10%

To mój drugi produkt tej firmy, pierwszym: Freeze 24-7 Instant Targeted Wrinkle Treatment nie byłam zachwycona, i chwilę wachałam sie czy zaryzykowac kolejny, ale cena 10f w TK Maxie (regularna wynosi 45f) była bardzo aktrakcyjna. Ciesze się z tego zakupu, bo prodkt jest świetny. Składa sie z 16 gąbeczek nasączonych 10-cio procentowym farmaceutycznym kwasem glikolowym, wykonanych z użyciem opatentowaanej technologi Microsponge, która plega na stopniowym uwalnianiu kwasu glikolowego. Gąbeczki/ pady są bardzo wygodne w aplikacji, posiadają kieszonki, w które wkładamy dłoń i wykonujemy zabieg złuszczania. Skóra po nich jest naprawdę wygładzona i ujędrniona. Na pewno zakupię ponownie, jeśli znajdę w dobrej cenie!

Lancome Nuit

Powiem krótko: mistrz! Nigdy nie miałam wcześniej kremu z Lancome i nie wiedziałam, że jest to tak dobra marka. Zwykle w mojej pielęgnacji przewijały sie firmy Lierac, Nuxe, Benefit, Olay, jednak Lancome bije je wszystkie na głowę. Zarówno bardzo estetyczne opakowanie, wspaniałe konsystencja i zapach ale przede wszystkim bardzo widoczne rezultaty stawiają go znacznie powyżej wszystkich, których dotychczas używałam.

I to chyba wszystko, jeśli o czyms nie zapomniałam. Dajcie znać czy miałyście któryś z tych produktów i co o nich sądzicie? Miłego weekendu :)