2016/04/22


Pierwszym moim cieniem z Mac był Satin Taupe. Wydaje mi się, że kupiłam go po raz pierwszy jakieś pięć lat temu i od tamtej pory, gdy tylko się kończy, kupuję następny. Właściwie to nie wyobrażam sobie makijażu bez tego cienia, i jakichkolwiek innych cieni używam, to zawsze gdzieś choć odrobinkę muszę go dodać. Satin Taupe to przepiekny brąz, mający w sobie refleksy szarości i fioletu. Nigdy nie słyszałam, żeby komuś nie pasował ten odcień. Jest tak piękny i uniwersalny, że chyba pasuje do każdego koloru tęczówki, cery i włosów. Następnym cieniem z Mac, jaki zakupiłam i również się zakochałam, był Naked Lunch. Ten kolor przez lata nakładałam na całą powiekę. Ma kolor szampański, czyli jasno beżowy wpadający delikatnie w brzoskwinię i róż. Jest piekny ,ale dziś, gdy posiadam całą paletkę cieni z Mac, znalazlam jego lepsza wersję! Ale o tym potem. Trzecim moim absolutnym odkryciem z Mac był cień Sable. Również zużyłam go juz wiele opakowań i jest to cień, bez którego nie wyobrażam sobie życia! Uwielbiam go nakładać ponad załamanie powieki, zwłaszcza od strony wewnętrznych kącików, dość wysoko, aż prawie pod same brwi. Sable ma ciepły brązowy kolor wpadający w różowo- miedziane tony. Nigdy bym nie przypuszczała, że jest to odcień dla mnie, dopóki go nie wyróbowałam. Naprawdę polecam, bo to cień genialny i niezastąpiony.


I przez lata pozostawałam tylko przy tej trójce z Mac, w międzyczasie zakupiłam jeszcze cienie Phloof i Club, ale były dla mnie nieodpowiednie. Cień Club jest również popularny i często polecany, jednak jego turkusowy odcień kompletnie mi nie pasował, a Phloof o ile pamiętam byl niewidoczny na mojej skórze.

Oprócz wspomnianych trzech cieni z Mac, odkąd pamiętam do makijażu oczu używałam przede wszystkim paletek, np. Urban Decay. I w sumie byłam zadowolona, zwłaszcza lubiłam paletkę Naked, tylko że paletki mają to do siebie, że używamy połowy cieni a reszta leży bezużyteczna. Dlatego w końcu postanowiłam, że skompletuję sobie własną paletkę tak, aby wszystkie cienie mi sie podobały. I tak rozpoczęło się kompletowanie mojej paletki cieni Mac. Niestety muszę Was ostrzec, że jest to czynność uzależniająca:) To jest tak, że gdy poszukując idealnych kolorów ogladamy je czy to w internecie czy w realu, czytamy opinie, porównujemy, to podoba nam sie większość z nich i chcemy je wszystkie. Ja postanowiłam, że na pietnastu cieniach poprzestane, bo inaczej musialabym kupic nastepna paletke, a trzydziesci cieni, gdy nie jestem wizażystką, to juz chyba przesada. Niestety ostatnio wpadłam na pomysł, ze usunę wkład i wtedy do mojej paletki zmieści sie jeszcze kilka cieni :). Opowiem Wam później, które cienie jeszcze mnie kuszą, a teraz parę słów o poszczególnych kolorach w mojej paletce (kolumnami od lewej do prawej):


Vanilla - chciałam jeden jasny cień bazowy, zastanawiałam się pomiędzy Vanilla, Brule i Orb, postawiłam na Vanille i jestem bardzo zadowolona. Cień jest matowy, w sklepie w sztucznym świetle połyskiwał przepieknymi drobinkami, ale wydaje mi sie, że na oku one gdzieś znikają. Kolor tego cienia jest mleczno-biały czyli nie jest to typowa biel, tylko z delikatna domieszką ciepłego beżu. Jest piękny, zresztą kultowy, i wiem już dlaczego.

Shroom - poszukiwania cienia do rozświetlania wewnetrznego kącika odbywały się głównie pomiędzy Shroom a Nylon. Wybrałam Shroom, kolor tego cienia określiłabym jako jaśniutki beż z domieszką szarości. Na oku ta szarość przechodzi w srebrzystość, cień pieknie rozświetla i jestem z niego bardzo zadowolona.

All that glitters - nad tym cieniem zastanawiałam się baaardzo długo. Nienawidzę złotych cieni, w stylu np Half baked z Urban Decay, a All that glitters wydawał mi się właśnie podobny do Half baked. Podchodziłam do niego wielokrotnie w sklepie testując go na dłoni i za każdym razem wydawał mi się złoty i absolutnie go nie chciałam. Tylko że jest to jeden z najbardzej popularnych cieni Mac, więc zastanawiałm się czy takie ilosci fanek moga się mylić. Pewnego dnia zaryzykowałam, i cóż- zakochałam się. To własnie All that glitters zastapił mój ulubiony Naked lunch. Ten cień jest po prostu poezją! Kremowy jak masełko, wspaniale napigmentowany, o odcieniu beżowo- brzoskwiniowym- cudowny.

Era - przepiękny cień w kolorze beżowym, delikatnie połyskujący. Nakładam go na cała powieke, zamiennie z All that glitters, tylko że wtedy dodaję jeszcze na sam środek powieki coś bardziej jasnego i połyskującego, np pigment Naked z Mac.

Omega - zdecydowanie najsłabszy odcień z całej paletki, cień w kolorze brązowo-szarym, zupelnie niewidoczny na mojej skórze (czyżby była szara?). Czytałam opinie, że świetnie sprawdza sie do podkreślania brwi, jednak zupełnie nie wiem, jak to jest możliwe, bo jest zbyt jasny nawet na moich, wcale nie ciemnych, brwiach.

Sable -o tym cieniu pisałam już powyżej, absolutny must have.

Patina - kolejny słynny cien z Mac, i nie bez powodu. Wahałam sie z jego zakupem, ponieważ nie lubię zielonych odcieni na moich oczach, jednak ten cień okazal sie przepiekny, a jego kolor jest właściwie trudny do określenia- satynowy brąz o odcieniach złota, zieleni, szarości, a nawet różu- cudo.

Wedge - potrzebowałam matowego cienia do załamania powieki i ten cień jest ok ale szału nie ma, posiada trochę zbyt dużo czerwonych tonów jak dla mnie.

Soba - co do tego cienia ciagle jeszcze nie jestem pewna czy go lubie czy nie. Kolor Soby jest przepiekny (cudowny karmel), tylko jakoś mało widoczny na moich oczach, wole bardziej wyraziste odcienie. Ale bede jeszcze nad nim pracowac, bo sam w sobie jest wyjatkowy.

Mulch - mój najnowszy nabytek, potrzebowalam ciemniejszego cienia wśród prawie samych jasnych w mojej paletce i ten wybór okazał się bardzo trafiony. W pojemniczku wydaje sie on bardzo cieply, wręcz miedziany (nie znoszę miedzianych cieni na moich oczach), jednak na skórze przybiera piekny odcień. Nie jest bardzo ciemny, jego natężenie jest podobne do Satin Taupe, świetnie sprawdza się do smoky eyes.

Cork - ciemniejsza i trochę cieplejsza wersja Wedge, ja z reguly zaczynam od Wedge a potem pogłębiam kolor przy pomocy Cork, jednak nie polecam Wam zakupu obu cieni, jeden w zupełności wystarczy (wybrałabym Cork).

Haux- kolejne moje odkrycie z Mac, matowy cień brązowo-fioletowy, fantastyczny do podkreślenia załamania powieki. Jeżeli lubicie fiolety na oczach, bedziecie zadowolone, ja go kocham.

Satellite dreams - bardzo chciałam posiadac jakiś typowy fiolet w mojej kolekcji. Jest ich troche wśród cieni Mac, zastanawiałam sie głównie nad Cranberry i Star violet, jednak swatche na dloni tych cieni mnie nie przekonaly i wybrałam Satellite dreams. Jestem zadowolona z tego wyboru, cień na skorze nie jest mocnym fioletem, raczej wygląda jak kolor taupe, dość słabo napigmentowany i trzeba sie troche napracować, żeby w ogóle było go widac. Uważam to akurat za jego zalete, ponieważ dzięki temu jest subtelny i elegancki.








Jak widzicie, dwa miejsca pozostały puste, są to miejsca przeznaczone na Naked lunch i Satin taupe, które w tej chwili posiadam w osobnych pojemniczkach.

Podsumowując, za najlepsze cienie z mojej paletki uważam: All that glitters, Sable, Satin taupe, Haux i Patine, a najgorsze sa moim zdaniem Omega i Wedge. Jak może zauważyliscie, nie posiadam żadnego ciemnego brazowego matu, prawdopodobnie w przyszłości zakupię Espresso lub Brun. Rowniez myśle, ze skuszę sie kiedyś na Cranberry oraz Starviolet (pomimo że nie przekonaly mnie swatche na dłoni, ale tak bylo też w przypadku All that glitters), i jeszcze jednym cieniem, ktory bardzo mi sie podoba, jest pomarańczowy Amber Light.

Mam nadzieję, że moja recenzja przyda Wam się przy wyborze cieni z Mac, a jeżeli pominełam jakiś Waszym zdaniem szałowy cien, dajcie koniecznie znać:)