2017/05/12


Energetyczne kuleczki są bardzo popularną przekąską. Najczęsciej wykonuje się je z płatków zbożowych, orzechów, ziaren i suszonych owoców. Moje dzisiejsze kulki nie zawierają zbóż, nie wymagaja pieczenia, są bardzo proste do wykonania, orzeźwiające, pełne witamin i wyjątkowo pyszne! Jednym ze skłądników jest tutaj marchewka dlatego przepis ten polecam zwłaszcza rodzicom, których dzieci nie lubią warzyw:)

Składniki:
150 gr (1 filiżanka) migdałów lub orzechów brazylijskich
80 gr (10 szt) suszonych daktyli
1 średnia marchewka
1 pomarańcza
10 gr (2 łyżki) wiórków kokosowych plus trochę do obtoczenia kulek




Przygotowanie:
1. Z pomarańczy (najlepiej bio) ścieramy skórkę oraz wyciskamy sok.
2. W robocie kuchennym umieszczamy startą skórkę, orzechy/migdały, daktyle, marchewkę oraz wiórki kokosowe. Rozdrabniamy do momentu, gdy skłądniki będą sypkie ale nie całkiem miałkie.
3. Wlewamy sok pomarańczowy, mieszamy.
4. Formujemy kuleczki i obtaczamy je w wiórkach kokosowych. Gotowe!





2017/04/07


Zamiast tradycyjnego smażenia omletów jajecznych na patelni, czasem przygotowuję mufinki. Bogate w proteiny, zdrowe zwierzęce tłuszcze oraz lecytynę zawartą w jajkach, a do tego kolorowe i cieszące oko, świetnie nadaja się jako przystawka dla gości lub pełnowartościowy posiłek podany na przykład z zielona sałatą. Dodatek sera feta nadaje im kremowości, czerwona papryka słodkości, a zielona pietruszka koloru. Są pyszne, dietetyczne (prawidłowo połączone według diety Diamondów) a przygotowanie masy zajmuje dosłownie dwie minuty.

Składniki (na około 10 mufinek):
6 jajek
1 czerwona papryka drobno pokrojona
100gr sera feta
garść pokrojonej natki pietruszki
pieprz
szczypta soli


Przygotowanie:
Wszystkie składniki umieszczamy w misce i ubijamy widelcem aż do powstania kremowej, lekko spienionej masy. 



Foremki na mufinki smarujemy tłuszczem (np masłem lub olejem kokosowym) i napełniamy do 2/3 wysokości.


 Pieczemy w temperaturze 180 stopni przez około 25 minut. 


Smacznego :)



2017/03/23


Kiedy trzy lata temu zaczynałam pisać tego bloga wydawało mi się, że znam świetne sposoby na utrzymanie młodego wyglądu i dobrego zdrowia i chciałam się nimi podzielić - tymczasem, jak na ironię, wkrótce potem zaczęły się u mnie coraz większe problemy zdrowotne. Bóle w kościach, bóle pęcherza a od jakiegoś czasu doszło jeszcze wiele innych symptomów.

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo ciężkie. Wybaczcie, że nie będę opisywac szczegółów (zwłaszcza, że wciąż nie wiem, co mi jest), na dzień dzisiejszy chciałam tylko wyjaśnić powód tak długiej mojej nieobecności na blogu a także podzielić się z Wami różnymi metodami zapobiegania nowotworom.

Bo oczywiście jako hipochondryczka od urodzenia w każdym symptomie widzę raka. Wiem, że nie powinnam tak robić, że myśli kreuja rzeczywistość ale mam nadzieję, że nie tak od razu i nie w każdym przypadku:) W każdym razie jedną z historii, która mnie ostatnio spotkała, było wykrycie polipa na moich narządach rodnych. Gdy usłyszałam diagnozę, byłam kompletnie przerażona! Do tej pory zawsze moje obawy okazywały się nieuzasadnione, tym razem jednak moje ciało naprawdę coś wytworzyło! Nie zdziwiłam się wcale, że stało się to około pół roku po horrorze, jaki przeżyłam w Polsce, potem śmierci mojego króliczka, z którą do dzisiaj się nie pogodziłam- zgodnie z Germańską Nową Medycyną tak własnie dzieje się z naszym ciałem po przeżyciu silnego konfliktu!


Gdy wyszłam od lekarza, byłam w stanie szoku, i na nic zdały się pocieszenia lekarki, że na moim miejscu by się tym zbytnio nie martwiła, ponieważ miałam niedawno cytologię (półtora roku wcześniej to w UK jest niedawno:)) Pomyślałam, że już koniec żartów, zdrowego stylu zycia na pół gwizdka, podjadania słodyczy itd. Moją pierszą odruchową decyzją było przejście na głodówkę. Po wyjściu od lekarza przez następne trzy i pół doby piłam tylko wodę. Może nie była to długa głodówka ale moja pierwsza dłuższa niż jednodniowa i trochę się bałam się ją kontynuować, zwłaszcza, że w tym czasie musiałam normalnie pracować. Teraz już wiem, że nic się nie złego nie stanie w czasie tak krótkiego postu, miałam w tym czasie mnóstwo energii, wykonywałam wszystkie codzienne czynności bez żadnego problemu.

W czwartą dobę zaczęłam jeść. Nie otrzymałam diagnozy, .że jestem chora na raka ale bałam się, że tak się może okazać i chciałam zrobić wszystko, co mogę, aby cofnąc lub zatrzymać to, co się stało. Oczywiście jako laik działałam po omacku, tak jak pewno większość z osób leczących się metodami alternatywnymi  i było to połączenie terapii dr Budwig, Gersona i Coldwella oraz zaleceń Jerzego Zięby.

Raz na dwa tygodnie przez trzy dni rano piłam łyżeczkę sody oczyszczonej na szklanke letnej wody. Piłam soki owocowo warzywne, jadłam sałatki warzywne oraz kilka razy dziennie pastę z białego sera i oleju lnianego. Wieczorem najczęsciej jadłam pieczone ziemniaki w mundurkach, jednak bez soli, a jedynie z sałatką warzywną. Wszystkie owoce i warzywa kupowałam bezwzględnie organiczne, natomiast organiczny ser biały jest w UK nie do zdobycia (można kupić organic cottage ale nie odtłuszczony i z dodatkiem soli), dlatego używałam naszego polskiego nie-bio odtłuszczonego twarogu. W końcu nauczyłam się sama przygotowywać ser biały:
Domowy twaróg:
2 litry organicznego mleka
1-2 cytryny
szmatka muślinowa. 
Mleko zagotowujemy, wlewamy stopniowo sok z cytryny aż oddzieli sie serwatka, odstawiamy do przestudzenia, następnie przelewamy przez szmatkę/gazę i gotowe.

Kolejną z kuracji było oczyszczanie organizmu z pasożytów za pomoca metody Siemionowej.

Kuracja Siemionowej:
1/2 kg buraków
1/2 kg marchwii
garść rodzynek
garść suszonych moreli
łyżka miodu

Warzywa kroimy, zalewamy wrzącą wodą, dodajemy rodzynki i morele, doprowadzamy do wrzenia. Po ostygnięciu dodajemy łyżkę miodu i odstawiamy na 12 godzin pod przykryciem. Następnie wywar przecedzamy i pijemy codziennie przed każdym posiłkiem.

Co drugi dzień przeprowadzałam miękkie oczyszczanie wątroby według Tombaka:
sok z jednej pomarańczy
1 łyzka soku z cytryn
2 łyzki oliwy z oliwek
Wszystkie składniki zmieszać i wypić przed snem (co najmniej 2 godz po ostatnim posiłku).


Następną sprawą było uszlachetnienie wody do picia. Nie posiadam w chwili obecnej filtra do wody. Zakupiłam więc saszetki Coral Mine z proszkiem z koralowców.

Zakupiłam także suplementy: cynk, selen, magnez i witaminę E (podobno must have w przypadku dolegliwości kobiecych) z dobrej firmy (G&G). Od czasu do czasu zapodawałam sobie przez skórę płyn lugola. Piłam sok pomarańczowy z dodatkiem askorbinianu sodu. Wypróbowałam olejek z oregano. Codziennie zażywałam 10 pestek z gorzkich moreli (wit.B17). Zrezygnowałam z kawy, mleka oraz wszystkich produktów odzwierzęcych (oprócz twarogu do diety dr Budwig). Piłam herbaty ziołowe. Generalnie starałam się odżywiać tak zdrowo, jak tylko potrafię.


Stosowałam również kody uzdrawiania Loyda. Jest to technika czterech pozycji wykorzystująca energię rąk do usunięcia blokad z pamięci komórkowej.

Po miesiącu poszłam na usuwanie polipa. Nie wiem czy sie on zmniejszył czy urósł, nie rozmawiałam z lekarzem na temat moich metod działania. Na pewno oczyściłam oraz odżywiłam swój organizm, jednak problemy zdrowotne pozostały. To wszystko nie jest takie proste. Na dzień dzisiejszy mam wątpliwości czy samą medycyną alternatywną jesteśmy w stanie wyleczyć się z najcięższych chorób czy jest ona może raczej tylko w stanie pełnić funkcję wspomagającą tradycyjne leczenie? A co Wy o tym sądzicie?

Moje anioły:







Pozdrawiam ciepło :)




2016/11/03


Pamięci mojego kochanego przyjaciela 


Piotruś,  08.2009- 18.09.2016

Sześć tygodni temu, po tygodniowej chorobie, umarł mój najukochańszy króliczek. Piotruś był z nami ponad 7 lat. Był bardzo chorowitym zwierzaczkiem i nacierpiał się w swoim życiu. Gdy miał około roku, nagle zachorował - przestał jeść. Poszukiwania przyczyny trwały parę miesięcy, w tym czasie Piotruś dostał niezliczona ilośc zastrzyków na przeróżne choroby, przeszedł wiele badań, skanów a weterynarze wciąż nie potrafili znaleźć przyczyny. Poszukiwania te kosztowały nas nawiasem mówiąc ponad tysiąc funtów wówczas, a to był dopiero poczatek :)


W końcu Piotruś trafił do słynnej specjalistki od królików do Harrogate i tam wreszcie okazało się, że przyczyną jego stanu zdrowia są wykrzywione i raniace go zęby. Od tamtego czasu miesiąc w miesiąc przechodzil operację podcinania zębów (już w naszym mieście), za każdym razem pod narkozą. Po każdej operacji było dobrze przez kilka tygodni a potem znów przestawał jeść. Jak cierpiał w tym czasie, tego nikt nie wie... I tak trwało to ponad 6 lat. Kilka miesięcy temu nasza weterynarz zaczęła wspominać o tym, że Piotrusia zęby są juz w tak złym stanie, że właściwie nie da się już robić operacji, bo nawet po niej zęby dalej go ranią i powinniśmy pomyśleć o eutanazji. Nie chciałam nawet o tym słyszeć, bo jak wspomniałam, nie miałam pojęcia o jego cierpieniu i wydawało mi się, że jeżeli po operacji znów je, to przecież jest ok. Jednak nie chciałam widzieć, że Piotruś od jakiegoś czasu nawet operacji prawie nie pił, wodę pobierał tylko z owoców. Czyli musiało byc naprawdę coraz gorzej...


Jednak nie to było przyczyna jego śmierci. W poniedzialek  12 września Piotruś jak zwykle bawił się z moim psem, i niestety w pewnym momencie Kubuś zdenerwował się i zrzucił go z siebie. Piotruś tak nieszczęsliwie upadł na plecy, że coś mu się stało i od tego czasu juz sprawy potoczyły się bardzo szybko. Przestał jeść, siedział cały czas z przechylona na bok główką. Na drugi dzień poszedł na obserwacje do weterynarza, który właściwie nic nie stwierdził. Dwa dni później Piotruś ponownie został oddany do weterynarza i ponownie zwrócili nam go po kilku godzinach bez żadnej diagnozy ani pomocy- myslę, że juz nic sie nie dało zrobić. Zresztą myślę też, że oni wiedzieli, że Piotrus umrze, ale wiedzieli też, że my za nic w świecie nie zgodzimy sie go uśpić, więc co mogli zrobic w takiej sytuacji? Powiedzieli nam tylko, że niezależnie od tego czy Piotrus zacznie jeść czy nie, mamy przyjść w poniedzialek na poważna rozmowę...


Cały ten czas karmiłam Piotrusia strzykawką i wierzyłam, że w poniedziałek mu jakoś pomogą. Jednak w sobotę w nocy nagle jego stan się pogorszył. Nie wiedziałam wtedy, że Piotrus już umiera. Nie spotkałam się wcześniej ze śmiercią, nie wiedziałam, jak to wyglada. Gdybym wiedziała, zawolałabym wtedy weterynarza, żeby zakończył jego cierpienie. Obudziałm się w niedzielę o 7 rano a Piotruś juz leżał na desce i tylko jeszcze głowkę podniósł. Obudziłam szybko męża i powiedziałam, że Piotrus umiera i że musimy mu pomóc. Natychmiast zadzwonił do weterynarza, która powiedziała: za 20 min w przychodni. Wzięliśmy Piotrusia na kolana do samochodu i pojechalismy w jego ostatnia drogę. Jednak jego dusza nie chciała byc zabita i umarł na moich kolanach w drodze do kliniki. Umarł głaskany przeze mnie i ptrząc mi w oczy wydał ostanie tchnienie.


Pochowalismy go w naszym ogórku a na jego grobie zasadziłam białą kamelię.

Kochałam go najbardziej na świecie i jakkolwiek to zabrzmi, chyba nigdy nie byłam tak zdewastowana niczyja śmiercią, nawet mojego ukochanego taty. Może dlatego, że gdy umarł mój tato byłam młoda, miałam małe dziecko i całe życie przed sobą, a może dlatego, że wierzyłam, że kiedys po mojej śmierci się spotkamy. Ze zwierzatkami jest inaczej, bo nie wiadomo czy ich dusze idą po smierci tam gdzie nasze, oczywiście jeżeli w ogóle ktokolwiek gdziekolwiek idzie... 


Pierwsze cztery doby po jego smierci byłam jak w malignie z bólu, nie byłam w stanie jeść, żyć, jedynie sen dawał ukojenie, ale najgorsze było przebudzenie. W każdą z tych dób miałam znaki, które wierzę, że pochodziły od Piotrusia. W pierwszą noc po jego śmierci zobaczyłam obraz mojego taty, który opiekuje się nim i głaszcze go po główce. W druga dobę, leżąc znów zaplakana w łózku zobaczyłam nagle (czy usłyszalam) słowo "dziękuję", i to słowo brzmiało w moim sercu, głowie, tak długo i wyraźnie, że poczułam naprawdę, że to Piotrus dziękuję nam za opiekę. W trzecia i czwarta noc Piotrus przychodził do mnie we snie, w czwarta dobę przyszedł jakby się pożegnać, przybiegł do mnie szybko, wskoczył w moje ramiona i przytulałam go tak długo, aż obudziłam się i poczułam obok siebie wyraźnie jego zapach. Wiedziałam, że jest, i to było ostatni raz kiedy mi sie przysnił i kiedy przychodziły do mnie te wszystkie obrazy. Wtedy, po czwartej dobie po raz pierwszy ból jakby trochę odpuścił na tyle, abym mogła znów jeść. 


Jednak jesli chodzi o pełne uzdrowienie z bólu, to nie wiem czy ono kiedykolwiek nastapi. Kocham Piotrusia dalej tak samo jak kiedys i zawsze będę. Choć go juz nie ma z nami od sześciu tygodni, nie ma dnia, żebym nie płakała za nim. I myślę sobie, że cokolwiek się wydarzy w moim zyciu, to ja już nigdy nie bedę w stanie być w pełni szczęsliwa. To tak jakby część mnie została pochowana w moim ogródku razem z nim. To była nacudowniejsza, najszlachetniejsza i najbardziej niewinna dusza, jaką spotkałam na tej ziemi.


Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że co niektórzy pomyśla, jak można tak kochac zwierzę, przecież to tylko królik. Ja jednak kocham zwierzeta bardziej niz ludzi, od których zaznałam w życiu tyle krzywd, ze wolę otaczać sie moimi przyjaciółmi zwierzętami. Poza tym uważam je za anioły, które zstąpiły na ziemię, uosobienie czystej miłości.


Jesli chodzi o odpowiedź na zadane w nagłówku pytanie, to niestety odpowiem, że nie wiem. Ale z drugiej chce też powiedzieć na pocieszenie, że najgorszy ból jest na poczatku, cisza w domu, puste miejsce po klatce (lub innych przedmiotach, które przypominaja nam naszego przyjaciela), wszystko jest inaczej, Trudno się wraca do domu, w którym juz go nie ma. Ale czas goi rany i po prostu po jakims czasie przyzwyczajamy się do nowej sytuacji i uczymy sie z tym zyć.

Kartka z kliniki weterynaryjnej
Szukajac ukojenia w bólu kupiłam wiele książek napisanych przez osoby majace ponoć kontakt ze zwierzętami po tamtej stronie - są one w pewnym sensie pocieszajace, jednak tak napradwę tego bólu nie da się ukoić. W tym życiu juz nigdy nie będziemy razem, a co będzie potem - tego nie wiemy. Jest bardzo ciężko, ale wiem, że nie ja jedna tak cierpię. Każdy właściciel zwierzęcia kiedys zmierzy sie z jego odejściem. Takie jest życie. W końcu my wszyscy kiedyś umrzemy.


Mam jeszcze inne dwa anioły, którymi muszę się opiekować, a które zresztą po smierci swojego przyjaciela jakby straciły ochotę do życia - i to również jest straszne. A także to, że oni pewno niedługo również zakończa swoje ziemskie wędrówki- kotek ma 12,5 roku a psinka 13,5. I na dodatek u obu z nich w ciągu ostatnich tygodni znaleźlismy guzy. Ale to juz inna historia, którą własnie pisze życie.








2016/09/07


Któż nie chciałby mieć w swojej kolekcji słynnych kuleczek z Guarlein? Ja przypatrywałam się im od dawna, jednak ze względu na dość odstraszającą cenę ciagle zwlekałam z zakupem. Przymierzając się do niego przeczytałam dosłownie setki opinii po polsku i po angielsku, mniej więcej wiedziałam więc, czego się spodziewać.




Wiedziałam, że nie jest to produkt rozświetlający, czyli nie będzie to nic w stylu Mac Soft and Gentle czy Mary Lou Manizer. Nie miał to być również puder matujący (czego nie znoszę). Najczęściej produkt jest opisywany jako puder upiększający, uszlachetniający rysy twarzy, delikatnie rozświetlający przy jednoczesnym subtelnym zmatowieniu.

Bardzo długo nie mogłam się zdecydować, czy wybrac kolor 02 Claire czy 03 Medium. Przeczytałam w opiniach, że 02 Claire posiada dużo perłowo- białych kuleczek, które daja efekt perły na twarzy. Wiele osób usuwa je i używa osobno jako rozświetlacz. Kolor 03 Medium natomiast posiada więcej kuleczek różowych oraz brązowych. Ostatecznie wybrałam 02.


I jeszcze kwestia zapachu. Opisywany jest on jako bardzo eksluzywny, lekko fiołkowy, dający juz sam w sobie przyjemność stosowania produktu.

Generalnie około 90% przeczytanych przeze mnie opinii było pozytywnych.

Moje wrażenia. Na poczatku zapach. Naprawdę zastanawiałam sie po otwarciu tego produktu, czy my mówimy o tym samym kosmetyku? Przez chwilę nawet myślałam, czy nie mam podróbki, ale chyba Debenhams jest jednak poważną siecią handlową. Szczerze mówiąc trudno mi sobie wyobrazić, że ten zapach może się komus podobac lub wydawać eksluzywny, w każdym razie spodziewałam się czegos zupełnie innego. Według mnie jest to zapach chemiczny, duszący i po prostu brzydki, gdzieś ktos opisał go jako zapach starego mydła i to jest chyba najbardziej zbliżone określenie. Na wszelki wypadek sprawdziłam datę produkcji - moje kulki zostały dopiero co wyprodukowane. Oczywiście tak naprawdę zapach miał byc tylko miłym akcentem i nie ma on wiekszego znaczenia.


Przejdźmy do działania. Nie spodziewałam się rozświetlenia na miarę highlighterów ale delikatne subtelne miało być. Ja nie zauważyłam żadnego! Oglądałam się na wszystkie strony, w świetle dziennym, sztucznym, w słońcu, w cieniu i kompletnie nawet najmniejszego blasku. A co za to otrzymujemy? Zmatowienie. Czyli to, czego nie znoszę.

Odnośnie koloru, kosmetyk ten nie daje moim zdaniem żadnego koloru, nie zauważyłam bielenia, różowienia, perły czy czegokolwiek. Sądzę więc, że nad wyborem koloru nie ma sensu sie zbyt długo zastanawiać i że trójka byłaby bardzo podobna. Powtórzę ponownie, że jedyne co ten produkt robi w moim odczuciu to matuje.

Nie zauważyłam u siebie oczywiście również żadnego upiekszenia czy złagodzenia rysów ani efektu zdrowej cery i tak naprawdę należę do tych nielicznych osób, które po zastosowaniu tego produktu wygladały gorzej niż przed. Skorzystałam więc z możliwości i po kilkukrotnym zastosowaniu odesłałam produkt do sklepu (tak, wiem, że nie powinno sie tego robić, ale była taka opcja, więc z niej skorzystałam).



I tak oto zakończyła się moja przygoda z meteorytami. Żałuję, bo przyjemne cacko i miło byłoby, gdyby dawało fajny efekt. Znam naprawdę takie kosmetyki, które daja efekt wow na naszej skórze, ale ten produkt moim zdaniem do nich nie należy.

A co Wy o nim sądzicie?




2016/07/07


Dzisiejszy post będzie trochę depresyjny...
Rok temu opisywałam Wam moje wczasy w Walii i bezskuteczne poszukiwania swojsko wyglądających plaż w UK. Poszukiwania te trwały zresztą od wielu lat. Rozczarowana postanowiłam w końcu wakacje 2016 spędzić tam, gdzie kiedyś pozostało moje serce, czyli w Pobierowie. Zarezerowałam noclegi i właśnie kilka dni temu zakończył się mój pobyt nad polskim morzem.


W Pobierowie byłam wielokrotnie, za każdym razem byliśmy tam w trójkę, z mężem i synem, ostatnio siedem lat temu. Tym razem dorosły już syn nie chciał jechać, więc pojechaliśmy sami. Tęskniłam za tym miejscem bardzo i wyobrażałam sobie, że gdy tam w końcu się znajdę, będę w siódmym niebie. Tymczasem, gdy zajechalismy na miejsce i popatrzyłam w końcu na te uliczki, które znam na pamięć, nie poczułam nic z tego szczęścia, za którym tęskniłam. Wręcz przeciwnie, poczułam rozczarowanie, miałam wrażenie, że goniłam za wspomnieniami, których już tam nie ma. Tęskniłam za czasami, gdy byliśmy tam w trójkę, gdy byliśmy młodsi, bardziej beztroscy, gdy mój syn był jeszcze dzieckiem i chciał się z nami bawić i spędzać czas, a tymczasem wszystko się zmieniło. Po raz pierwszy ponadto zauważyłam, że naprawdę się starzeję, że jestem już panią w średnim wieku i pomiędzy mną a młodymi ludźmi jest całe pokolenie:( Pomyślałam, że życie jest tylko fajne, gdy jesteśmy młodzi. Mam nadzieję, że to nie musi być prawdą i że jeszcze odzyskam radość życia ale tak naprawdę fajnie jest być młodym a być panią w średnim wieku jest tak sobie:)


Tylko nie pomyślcie o mnie tak, jak podsumował mnie mój mąż, gdy się z nim podzieliłam tymi refleksjami. Nasz dialog:
on: Sylwia, chyba zmienię sobie twój opis w telefonie na zaczynający się na literę "p"
ja: niby jaki? podpowiedz, bo nie mam pojęcia
on: coś z branży budowlanej
ja: (myślę, myślę): nie wiem
on: pustak!
:)


A tak na poważnie doszłam do wniosku, że szczęścia nie da się znaleźć nigdzie, jedynie w sobie. I będę go tam szukać. Za kilka dni wybieram się na warsztaty dwupunktu (jeżeli tylko dzieisjeszy zabieg dentystyczny wkręcania śrub w implanty pójdzie ok) i mam nadzieję, że będzie to ciekawe doświadczenie i krok właśnie w tym kierunku.

Pobyt nad polskim morzem był w sumie całkiem udany, pogoda była ok, codziennie spędzaliśmy czas na pieknej polskiej plaży, kąpaliśmy się w wyjątkowo jak na Bałtyk ciepłym morzu, czasem chodziliśmy brzegiem morza i woda obmywała nam stopy i te momenty były naprawdę cudowne. Tylko mój niespokojny duch ciagle za czymś tęskni i nie może znaleźć spełnienia:)

Pozdrawiam aktualnie z Legnicy:)

I jeszcze kilka zdjęć:













Nasz ośrodek
Podobno najlepsza smażalnia ryb w Pobierowie, gdzie ryby są naprawdę świeże, nie mrożone i nie chińskie
(polecona przez właścicielkę naszego ośrodka)