2015/07/19



Moja pierwsza w życiu galareta wieprzowa bez dodatku żelatyny. Jest naprawdę pyszna a danie wygląda bardzo reprezentacyjnie:) Podaję ją skropioną octem jabłkowym.

Składniki:
2 nóżki wieprzowe
1 golonka
3 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera
3 ząbki czosnku
przyprawy
jajka na twardo i groszek do dekoracji

Przygotowanie:
1. Nóżki, golonkę oraz włoszczyznę umieszczamy w garnku i zalewamy wodą
2. Dodajemy kilka ziaren ziela angielskiego i liść laurowy
3. Gotujemy do miękkości mięsa,około 3 godziny (w międzyczasie po ok 40 minutach usuwamy warzywa)
4. Po tym czasie mięso wyciągamy a wywar przecedzamy przez sito
5. Z mięsa usuwamy dokładnie dokładnie wszystkie kości. Kroimy je wraz ze skórami na małe kawałeczki i wrzucamy ponownie do wywaru
6. Wywar doprawiamy pieprzem, solą, vegetą, opcjonalnie dodajemy przeciśnięty przez praskę czosnek i gotujemy jeszcze przez ok 20 minut
7, Gorący wlewamy do salaterek, dekorując groszkiem, jajkiem i warzywami.




Jajka powinny być pod groszkiem, bo ich nie widać w końcowej formie:)



Smacznego:)







2015/07/17

Mieszkam w UK od 9 lat (przerażające, jak ten czas leci!). I szczerze sie przyznam: nie odczuwam już tęsknoty za Polską ani nie planuje powrotu. Jednak są rzeczy, na myśl o których ściska mi serce, a są to: morze, góry i lasy. Kocham polską przyrodę. Może gdzie indziej też są widoki zapierające dech w piersiach ale dla mnie polski pejzaż w powodów sentymentalnych jest jedyny na świecie. Karpacz, Śnieżka, schronisko Samotnia. Polskie lasy pełne grzybów. No i klimat nadmorskich miasteczek- niepowtarzalny!

Odkąd mieszkam w UK nie ustaję w poszukiwaniach plaży, która będzie mi przypominała choć trochę polską! Która będzie otoczona wydmami a nie budynkami. Która nie będzie miała 2 km w stronę wody. Na której będą odpoczywać plażowicze (najlepiej z parawanami, jak w Polsce! :)) I od razu Wam mówię, że nie udało mi sie takiej znaleźć. Postanowiłam, że w tym roku to było moje ostatnie podejście -  więcej nie szukam, nastepne wakacje spędzam nad polskim morzem- już zabukowałam :)

A teraz pokaże Wam parę zdjęć. Żeby nie było, nie wszystko było do kitu. Zamieszkaliśmy w miasteczku Rhose on Sea, tak wyglądał z zewnatrz budynek, w którym wynajęliśmy apartament:

Apartament był naprawdę świetny, ogromny salon, sypialnia, kuchnia, łazienka- gdyby ktoś był zaintresowany, proszę pisac do mnie na maila, podam namiary :) 

Widok z naszego okna: 

Brzeg morza tuż przy naszej kwaterze:

Około kilometr od naszej kwatery, wciąż Rhos on Sea (ładna pogoda, zero ludzi):


Ta sama plaża, widok od strony morza:

 Miasteczko Rhos on Sea:


Pojechalismy 20 km na wschód do miasteczka Rhyl. Była naprawdę ładna pogoda a miasteczko wyglądało jak wymarłe. Aż się zastanawiałam czy może jest objęte kwarantanna? Wyglądało jak w horrorze 28 dni :)




Wracając zajechaliśmy do pobliskiego miasteczka Towyn, i to samo, żadnych chętnych do plażowania:



W takim razie pojechalismy 60 km w druga stronę do Beaumaris, i również żadnej ciekawej plaży :(  Natomiast jest to całkiem przyjemne miasteczko turystyczne a główna atrakcja są rejsy łódkami:





W końcu wrócilismy do naszego miasteczka i około 2 km od naszekj kwatery znaleźliśmy najlepszą plażę w okolicy, i nawet było kilku śmiałków z parawanami (pewno Polacy :)):




A to nasz parawan (ten turkusowy kocyk to nie mój jakby co)! Przyznajcie sami, czy to nie jest smutny widok? :)










 Chociaż piasek, muszelki i mewy były takie same, jak w Polsce!



I jeszcze ciekawostka: dziwny walijski język, który wygląda jak przypadkowy zlepek liter :)


Tak więc tak wyglądają plaże w północnej Walii. Jeżeli ktoś szuka odosobnienia a z drugiej strony nie przeszkadza mu, że plaża znajduje się w cenrtrum miasta, to może będzie zadowolony. Ja zachowam miłe wspomnienia z tego wyjazdu mimo wszystko ale za rok: kierunek Pobierowo! 


2015/07/15


Wiem, że wygląda to dziwnie, gdy na blogu, który jest o zdrowym stylu życia zamieszczam przepisy na potrawy z boczku, tym bardziej, że jeszcze pół roku temu byłam weganką. Gdyby chociaż była to potrawa z szynki czy polędwicy ale z boczku? Tyle tłuszczu, cholesterolu? No cóż, przez ostatni rok poeksperymentowałam  trochę z moim zdrowiem, z dietami, ćwiczeniami, i dziś mogę z dość dużym przekonaniem powiedzieć, że dieta mięsna jest dla mnie lepsza niż wegańska.

Od ponad 20 lat, od czasu, gdy po ciąży zostało mi trochę kilogramów i chciałam je zgubić, stosowałam dietę Diamondów. Jak już niejednokrotnie tu wspominałam, moim głownym źrodłem pożywienia w tym czasie były białka.  Jadłam też bardzo dużo mięsa. Przez cały ten czas nigdy nie byłam na nic chora. Zawsze też młodo wyglądałam - nie chcę, żeby to zabrzmiało jak żenujące samochwalstwo ale tak po prostu było, że zawsze dawano mi parę lat mniej. Do czego zmierzam: chodzi mi o to, że wszystko to, co widoczne jest na naszej twarzy obrazuje stan naszych narządów wewnętrznych. Jak mówi Jerzy Zięba: każda zmarszczka pokazuje, że w organiźmie jest coś nie tak. Jeżeli mamy pomarszczoną twarz, to w podobnym stanie są tez nasze narządy.

Ok 10 miesięcy temu kierując się chyba modą, zakupiłam wyciskarkę Hurom. I od tego czasu zaczęły się moje problemy zdrowotne. W moim domu zaczęły pojawiać się tony owoców i zaczęłam wypijać hektolitry soków. I co się stało? Stopniowo zaczęłam się czuć coraz gorzej. Zrzucałam winę na kryzys ozdrowieńczy, byłam pewna, że im więcej owoców, tym, więcej witamin, więc postępuję słusznie. Oczywiście dodatkowo wszystkie te owoce nie były to produkty organiczne. W tamtym czasie zaczęłam również zauważać gwałtowne starzenie sie mojej twarzy, ale pomyślałam, że po prostu starzeję się i już. Może tak, a może jednak pomogłam sobie w tym procesie.

W styczniu tego roku pod wpływem impulsu zdecydowałam się przejść na weganizm. Głównym motorem tej decyzji nie były kwestie zdrowotne, ale miłość do zwierząt. Wytrzymałam prawie dwa miesiące i było to najgorszy okres w moim zyciu pod względem samopoczucia fizycznego. Czułam się po prostu strasznie chora i tak też wyglądałam. Do tego rozpoczęły sie moje problemy z bólem kości, który nie pozwalał mi normalnie funkcjonować. Wyniki krwi pokazały, że mam obnizony poziom witaminy D oraz nieznacznie podwyższony rheumatoid factor. Otrzymałam suplementacje witaminy D oraz zostałam skierowana do reumatologa, który jednak stwierdził, że nie widzi u mnie objawów reumatyzmu a za ból w kościach odpowiada niedobór witaminy D. Lekarze to tylko ludzie, moga sie mylić i tak naprawdę ja do dziś nie wiem dlaczego rano budzę się z bólem w kościach, zwłaszcza w rękach.

Należę do osób, które wierzą w medycynę naturalną. Nigdy nie uważałam, że głodówki, oczyszczanie organizmu, witamina B17, medycyna chińska i tysiące innych metod alternatywnych to szarlataństwo. I dziś jestem przeszczęśliwa, że pojawił się w Polsce ktoś taki jak Jerzy Zięba. Słucham jego wykładów  z zapartym tchem i z długopisem w ręku. Zamówiłam już jego książkę "Ukryte terapie" a także kilka innych, o których pan Zięba wspomniał, jak np "Tłuste życie" dra Kwasniewskiego

Ale wracając do boczku. Jerzy Zięba jest zwolennikiem diety dra Kwaśniewskiego opartej na produktach odzwierzęcych. Jest zwolennikiem spożywania tłuszczy zwierzęcych zamiast roślinnych, które są tak dziś polecane, a tak naprawdę nas trują. Wygląda na to, że wszystko dziś stoi na głowie. Propaguje się coraz to bardziej nowoczesne diety, które mają być dobroczynne dla nas a coraz więcej ludzi choruje. Ponadto jesteśmy zalewani tak sprzecznymi informacjami, że nie wiadomo, co jest pawdą. Ja jednak wiem przynajmniej tyle, że mój organizm dobrze toleruje tluszcze zwierzęce. Wiem, że moi dziadkowie (i pewno Wasi również) dożyli sędziwego wieku wychowani na wsi, odżywiając się smalcem, wiejską śmietaną, mlekiem od krowy, jajkami i swojskimi wyrobami mięsnymi. Tak się kiedys jadło i 30 lat temu było o połowę mniej zachorowań na raka ( w 1980r liczba zachorowań na raka w Polsce wynosiła: u mężczyzn 34074, u kobiet 30746, natomiast w 2010r u mężczyzn 70024 a kobiet 70540). Oczywiście nie dzieje sie tak tylko z powodu złej diety. Również gleba była wtedy inna, Jerzy Zięba mówi, że dzisiejsze warzywa i owoce maja połowę witamin w stosunku do tego, ile miały 20 lat temu. To wszystko jest bardzo szeroki temat, zainteresowanych zapraszam do lektury książki i wykładów Jerzego Zięby oraz dr Kwaśniewskiego. Ja dziś zamierzam wrócić do tego, czym moja mama karmiła mnie w domu rodzinnym ( choć może za jakiś czas znów zmienię zdanie :)).

W związku z tym pierwszą potrawą, jaka postanowiłam przygotować, a której nie jadłam juz z 15 lat, to smalec:) Do smalcu potrzebna jest słonina. Wybrałam się więc na poszukiwnie słoniny w UK. Oczywiście jej nie znalazłam, taka sama szansa jest na kupienie słoniny w UK jak mleka prosto od krowy.W polskiej rzeźni dostałam natomiast płat surowego boczku, z którym po powrocie do domu nie bardzo wiedziałam, co zrobić.


Odkroiłam więc najpierw skórę oraz wykroiłam żeberka. Następnie usunęłam całą słoninę jaką znalazłam. Otrzymałam wówczas płat boczku idelanie nadający sie na roladę.



Skórę pokroiłam (nożyczkami) na małe kwadraty, część z nich usmażyłam dla pieska, a pozostałą część zamroziłam i zamierzam wykorzystać w przyszłości do gotowania grochówki czy kapuśniaku.



Z żeberek i kawałków mięsa, które odkroiłam zdecydowałam się zrobić żeberka na ostro wg pięciu przemian. A z odkrojonej słoniny przygotowałam to, na czym najbardziej mi zależało czyli pyszny smalec ze skwarkami wg pięciu przemian.


Smalec z przyprawami według pięciu przemian (przepis)


Żeberka na ostro według pięciu przemian (przepis)


Rolada z boczku (przepis)


Pozdrawiam i życzę smacznego :)